Nie odziedziczyliśmy tego domu i nie kupiliśmy go z nadwyżki. Dotarliśmy tu z Warszawy przez dwie nieudane próby kupna ziemi, rok na Orłowej i cztery lata w schronisku. To nasza droga na Soszów, po kolei.

Oboje urodziliśmy się i wychowaliśmy w Warszawie. Ale od małego byliśmy wywożeni w góry. Rodzice zadbali o to skutecznie i chyba nieodwracalnie 🙂
Jako nastolatkowie zaczęliśmy jeździć sami. Plecak, namiot, Bieszczady, Beskid Niski.
To wtedy zrozumieliśmy, że góry to nie wakacje. To sposób na życie.

Że nie zostajemy w mieście. Nie wiedzieliśmy jeszcze kiedy ani jak, ale wiedzieliśmy, że to kwestia czasu. Życie jednak ma swoje wymagania: praca, zarabianie, obowiązki. Urodził się Stasio, nasz pierwszy syn.
Próbowałam różnych rzeczy: zmieniałam pracę, zmieniałam stanowiska, w końcu założyłam własną firmę, Klub Maluszka „Różowa Chmurka”. Myślałam, że w ten sposób zarobię na nasze nowe życie w górach. Przez chwilę szło dobrze. Potem firmę musiałam zamknąć. Urodził się Witek, drugi syn.
I wtedy powiedzieliśmy sobie dość. Warszawa to nie nasze miejsce. Czas działać tam, do czego nas ciągnie.

Rodzice nam zawsze powtarzali: znajdź działkę, wybuduj dom, wtedy zacznij nowe życie. Próbowaliśmy tak dwa razy. Dwa razy się nie udało. Rozgoryczeni i zmęczeni wpadliśmy na pomysł, który zmienił wszystko.
Przecież nie trzeba mieć własnej ziemi, żeby zacząć mieszkać w górach.
Zaczęliśmy szukać schronisk do wydzierżawienia. I znaleźliśmy Chatę na Orłowej. Nie zastanawialiśmy się długo. Za resztę oszczędności kupiliśmy czarnego Nissana Patrola, spakowaliśmy cały swój dobytek i ruszyliśmy w Beskid Śląski.

Rok na Orłowej nauczył nas dużo. Ale czuliśmy, że to jeszcze nie to miejsce.
Przeprowadziliśmy się do schroniska na Soszowie. Cztery lata w schronisku, coraz lepiej, coraz bliżej. I ciągle to samo przeczucie, że jeszcze nie dotarliśmy tam, gdzie powinniśmy.

Wreszcie kupiliśmy własny dom w górach. I od tamtej pory tu jesteśmy, nieprzerwanie od ponad dziesięciu lat.
Tu wreszcie poczuliśmy, że jesteśmy u siebie. Tu urodził się nasz trzeci syn. Tu zrozumieliśmy, że ta długa, kręta droga z Warszawy na Soszów miała sens i że nie zamienilibyśmy jej na nic innego.
Maciek zajmuje się tym, czego na co dzień nie widać: dzięki niemu wszystko u nas działa. Ja zajmuję się tym, co widać: śniadaniem, rozmową, pytaniem czy czegoś nie potrzebujesz.
Jesteśmy w tym razem od lat. Wiemy, co robimy.
Tego, co powyżej, jest zaledwie połowa. Reszta wychodzi dopiero przy kawie w jadalni albo wieczorem przy ognisku. Jeśli chcesz poznać całą naszą historię, koniecznie nas odwiedź.
Używam plików cookie, żeby strona działała jak trzeba i żebym widziała, co u Ciebie działa, a co nie. Możesz zaakceptować wszystko, odmówić, albo wybrać dokładnie, na co się zgadzasz - decyzja należy do Ciebie i zawsze możesz ją później zmienić.